koncert Methofil

KZMRZ, 18 września 2020

Kwintet Methofil nie zwróciłby pewnie mojej uwagi, gdyby nie fakt, że jego wokalistką jest najbliższa przyjaciółka mojej córki. Koncert w kazimierskim ośrodku Fundacji KZMRZ był debiutem scenicznym zespołu. Chłodny wieczór, scena ustawiona pod gołym niebem na tle ruin zamku, w kącie zastawionego siedziskami i parasolami trawnika. Klawiszowiec i zarazem basista zmarznięty, wokalistka („Kosmalska”) lekko kaszląca ale nastrój zbudowany przez serdeczność znajomych, bywalców KZMRZ i przypadkowych gości podgrzał atmosferę. Set złożony z kilku własnych kompozycji i jednego coveru miał trwać pół godziny. Dzięki bisom przedłużył się do 45 minut. Z zapowiedzi wynikało, że poleci alternatywny rock z elementami jazzu. Chyba dla zmyłki. Methofil gra muzykę dość daleką od modnych nurtów. Gitarzyści mają mocne inklinacje blues-rockowe. Może jest to bardziej The Raconteurs, niż Cream ale generalnie wzorce wywodzą się z przełomu lat 60. i 70. i osadzone są w tradycyjnym gitarowym graniu. Żeby było ciekawiej, wokal jest w duchu piosenki poetyckiej i aktorskiej. „Kosmalska” wyśpiewuje teksty dbając o ich przekaz i wspierając je oszczędnym ale znaczącym ruchem scenicznym. To spora rzecz jak na sceniczną premierę materiału (choć sama scena nie jest bynajmniej „Kosmalskiej” obca). Zaczęli od pierwszego kawałka, jaki wspólnie skomponowali – dobrego openera, który spokojnie wprowadza w koncert. Zaraz po nim zabrzmiał „Bar”, chyba najważniejsza piosenka w repertuarze Methofila. Świetny, wzięty z życia tekst (‘Kosmalska” pracuje w barach), wpadająca w ucho melodia, pomysłowe przejścia. Zaraz po nim zabrzmiała „Impreza” z chwytliwym refrenowym skrótem C2H5OH. Trzymając się narracji koncepcyjnej kolejny musiał być utwór o kacu moralnym. Potem został wzmocniony kawałkiem „Mdłości”, w którym tekst oparto na rdzeniowej zbieżności słów „ości/mdłości/kości”. Gdy publiczność została kupiona brzmieniem i pomysłami, zespół z prawdziwie zawodową wprawą wzmocnił efekt grając przeróbkę „Killera” Elektrycznych Gitar. I tu znów na uznanie zasługuje fakt, że oparli się w nim na oryginalnych pomysłach, by zaproponować jednak własne, bardziej blues-rockowe widzenie filmowego przeboju. Bis miał być jeden, ale po takim kawałku jak „Bar” wiadomo było, że koncert się jeszcze nie skończy. Powtórzyli zatem „Imprezę” i „Killera”. Są młodzi, mają po 20 lat, potrafią grać, „Kosmalska” wie na czym polega śpiewanie i ma do dyspozycji teksty pisane wspólnie z członkami zespołu, w których jest życie. Może los (albo ktoś) im pomoże i ten wrześniowy wieczór nie pozostanie tylko miłym wspomnieniem z końca dziwnego lata 2020.    

INNE BRZMIENIA Festiwal

Dzień drugi, 4 września 2020

Tyle lat obserwowałem lubelski festiwal „Inne Brzmienia”, tyle razy się na niego wybierałem, tylu artystów z jego line-up’u chciałem zobaczyć – i nic. W tym roku czerwcowa edycja została odwołana ale organizatorzy zmontowali post-covidową edycję wrześniową z nowym składem wykonawców. I znów, z czterech dni festiwalu okazało się, że mogę uczestniczyć tylko w jednym. Mój wybór padł na dzień drugi, którego gwiazdą zagraniczną była Barbara Morgenstern, a krajową Trupa Trupa. Gdyby nie zasady wymiany rezerwacji internetowej na opaskę festiwalową, pewnie przyjechałbym na Błonia pod lubelskim zamkiem dopiero na godzinę 20. A tak musiałem stawić się na miejscu przed godziną 18. Zaliczyłem Targi Małych Wydawców, na których nabyłem dwie płyty z Anteny Krzyku (głównego bohatera label’owego Festiwalu), dwie płyty z oferty Gusstaff Records i jedną ze wspólnego stoiska Zima Records i paru innych. Zadowolony przeniosłem się do Namiotu Festiwalowego, w którym obok stoiska żywieniowo-napojowego (zdominowanego przez browar Perła), ustawione były wygodne leżaki. W takich warunkach słuchanie i oglądanie koncertów dawało duże poczucie komfortu (pomimo wymogu maseczkowego w tej strefie).

Na pierwszy ogień poszedł lubelski kwartet Złote Twarze Live Band. Skład instrumentalny to perkusja, gitary, wiolonczela i komputery obsługiwane przez lidera zespołu – Przemka „Golden” Adacha. Set zaprezentowany przez zespół był generalnie relaksacyjny. Lider wielokrotnie podkreślał, że ich muzyka najlepiej brzmi w nocy i zachęcał by popuszczać przy niej wodzy fantazji i zamykać oczy. Faktycznie, moje pierwsze skojarzenia kierowały się ku Deep Forest i Enigmie – przy czym zespół prawie nie korzystał z wokali. Z czasem, gdy muzycy zaczęli szukać sposobu na rozruszanie siedzącej publiczności i nabrali bardziej rytmicznych skłonności, dało się usłyszeć w ich muzyce nawiązania do Moderat. Ciekawe pomysły, z trip-hopowo brzmiącą perkusją, nie zawsze dobrze się ze sobą zgrywały. Momentami odnosiłem wrażenie, że każdy gra trochę swoje – zwłaszcza wiolonczela z syntezatorowymi rytmami nie bardzo chwytały wspólne pasmo. Ale pod koniec koncertu, gdy kwartet sięgnął po swoje starsze i lepiej ograne kompozycje, koncepcja zaczęła prawidłowo pracować. Godzinny set pozwolił zrozumieć i docenić oryginalność lubelskiego zespołu.

Jako kolejny wykonawca, w zastępstwie planowanego wcześniej zespołu z Ukrainy, pojawił się wrocławski duet Gaijin Blues (Michał Szczepaniec i Paweł Klimczak). Publiczność znów czekał praktycznie instrumentalny set wygenerowany przez syntezatory, komputery i egzotyczne instrumenty perkusyjne. Wbrew nazwie duetu oraz napisowi na koszulce jednego z muzyków „Bardzo lubię heavy metal”, koncert nie przyniósł żadnych rockowych ani bluesowych brzmień. Repertuar duetu oparty został na ubiegłorocznej EP’ce i longplayu wydanymi przez angielski label Shapes of Rhythm. Gaijin Blues to połączenie mocnej, klubowej elektroniki z samplami z muzyki japońskiej. Fascynacja duetu duchem Mangi i grami komputerowymi plus sample ze starych japońskich płyt zakupionych w Tokio i azjatyckie instrumenty perkusyjne, dają naprawdę ciekawy efekt. Mocna gra świateł przez cały występ rekompensowała stateczność obydwu muzyków, przykutych do blatu z instrumentami. Trzeba przyznać, że niektóre fragmenty mocnych bitów rozruszały widownię i generalnie ciężko było spokojnie usiedzieć w leżaku. Duet lubi długie kompozycje, które bardziej czarują, niż wciągają w trans. Chodzi im o „epickość” muzyki i faktycznie tak to można było odebrać.

Barbara Morgenstern zaczęła swój koncert z lekkim poślizgiem, wywołanym nieco dłuższymi występami poprzednich artystów. Początkowo zasiadła przy dwóch syntezatorach, na wygodnej czerwonej poduszce, by wykonać kilka elektronicznych pieśni. Zaczęła od utworu „Driving My Car” śpiewanego po niemiecku, polsku i angielsku, będąc bardzo ciekawą, czy jej polski był zrozumiały dla publiczności (dla mnie w większości był). Potem przedstawiła dwa nowe nagrania z czasów lockdownu: „Time Zone” i bodajże „Job”. Ten „siedzący” set był bliski niemieckiej pop elektronice lat 90. Oszczędny brzmieniowo, z „suchym” bitem. Przypominał o współpracy Barbary z To Rococo Rot. Po tej pierwszej części występu, Artystka z Berlina zażyczyła sobie od technicznych, by podnieśli jej klawisze i resztę koncertu wykonała już na stojąco, pląsając do własnych rytmów.

Widownia szybko dała się uwieść sympatycznej Niemce i wydelegowała kilka osób do tańca przed sceną. Kolejne nagrania rozrosły się od razu do mocno tanecznych ram i zaczęły niemal płynnie przechodzić z jednego w drugi. Nie mogło zabraknąć w tym zestawie największych hitów Barbary z kawałkiem „Operator” na zakończenie. Naprawdę dobrze się tego słuchało i przyjemnie w rytm poruszało. Nagrania wolne od niemieckiej melancholii znanej z twórczości Kraftwerk, The Notwist, czy Tarwater, niosły jednak jakiegoś ducha tych zespołów. Na pewno miłość do elektroniczno-komputerowych brzmień i rytmów. Bisów nie było z racji porządku czasowego festiwalu ale zarówno publiczność, jak i sama Barbara mogliby śmiało sięgnąć po coś więcej tego wieczoru.

Koncert krajowej gwiazdy – kwartetu Trupa Trupa poprzedziły nagrania nieodżałowanego zespołu Morphine. Dość zaskakujący to wybór na intro w przypadku trójmiejskiego bandu. Widziałem końcówkę koncertu Trupy Trupa dwa lata temu na Openerze i czułem się jak na koncercie Swans. Widziałem ich koncert na ubiegłorocznym Off’ie i był to niesamowicie przyjemny, w zasadzie piosenkowy gig. W Lublinie kwartet pokazał się raczej od tej mocniejszej strony. Pomimo lekkiej konferansjerki Grzegorza Kwiatkowskiego, zespół brzmiał tego wieczoru jak Killing Joke, Swans, No Means No i Sonic Youth zmieszani w różnych proporcjach. Co ciekawe główną część występu oparli na tej samej płycie („Off the Sun”), co rok temu w Katowicach. Nie zagrali niczego z ostatniej dream-popowej EP’ki i chyba tylko raz sięgnęli po „Jolly New Songs” wykonując wieńczący ten album, singlowy „To Me”. Wykonali zatem z pasją i mocą „Dream About”, „Another Day”, „Longing”, „Long Time Ago”, Glory” i „Turn”.  Była energia, zgranie i pewność siebie. Jakby nie było tych 6 miesięcy przerwy od dawnego życia. Mało tego, grupa zakończyła występ zupełnie nowym materiałem, szykowanym na płytę planowaną na wrzesień 2021 roku. Najpierw zagrali trzy utwory w jednym secie, a potem jeszcze dwa kawałki na bis. Czego spodziewać się po kolejnej płycie? Że będzie dobra. Koncertowe wykonania mogą trochę wprowadzać w błąd, ale słychać było twardy bas, niezawodną perkusję i pociągłe wokale, choć także skandowane – co stanowi nowość w stylu grupy. Intrygująco brzmiał również instrument Rafała Wojczala (wyglądał jak kanister z gryfem), generujący różne elektroniczne dźwięki. Trupa Trupa ma dużo do powiedzenia i pokazuje na scenie różne twarze, dlatego cieszę się, że wybrałem ten dzień, w którym na scenie zabrzmiała ich – potężna tego dnia – muzyka.

„Męskie Granie w domu” cd

Daria Zawiałow 9 kwietnia, Mela Koteluk 16 kwietnia, Artur Rojek 19 kwietnia

Trochę nie załapałem się na popularność Darii Zawiałow, która – przynajmniej patrząc na Listę przebojów Trójki – jest dziś jedną z najchętniej słuchanych polskich artystek. W ub. roku wydała drugą, chyba przełomową dla siebie płytę „Helsinki”, którą promowała m.in. na ubiegłorocznej trasie „Męskiego Grania”. Przyzwyczaiła słuchaczy do rockowego brzmienia, którego w domowych warunkach nie mogła osiągnąć. Z towarzyszeniem swojego gitarzysty wykonała jednak z zapałem większość swoich hitów – łącznie z pierwszym ważnym nagraniem „Malinowy Chruśniak”, ale też nowsze jak „Hej, Hej”, czy „Szarówka”. Na bis dostaliśmy rzadko z kolei wykonywany na prawdziwych koncertach cover „Jeszcze w zielone gramy”. To było sympatyczne spotkanie. Daria Zawiałow była bardzo przejęta swoim występem, co przejawiało się trochę nadmiernym gadulstwem i nadużywaniem słowa „fajnie”. Frekwencja sięgnęła 80 tysięcy słuchaczy. W domowym tle nie bardzo było co śledzić, ale z całego występu biła miła aura.

3

 

 

Mela Koteluk przywitała widzów i słuchaczy również w towarzystwie gitarzysty, jednak jej koncert miał w sobie więcej poweru, niż Darii Zawiałow. Może to tez kwestia mojego większego osłuchania z repertuarem Meli Koteluk. Taka „Melodia ulotna” zabrzmiała naprawdę dobrze. Oprócz tego można było posłuchać zgrabnie wykonanych innych przebojów, jak: „Spadochron”, „Żurawie origami”, Odprowadź”, czy „Fastrygi”. Mela, podobnie jak Daria, trochę za dużo przerw robiła. Miała problem z wglądaniem w bieżące komentarze. Bawiła się zapalaniem kolorowych kul i promocją swojego gitarzysty. W takich chwilach można było zerkać na tło tworzone przez winylowe wydania „Parade” Prince’a i jazzowe opracowania Mieczysława Fogga w wykonaniu Młynarskiego i Maseckiego. Z książek uwagę zwracała najnowsza Zadie Smith i „Lżejszy od fotografii. O Grzegorzu Ciechowskim” Piotra Stelmacha. Akurat ta ostatni pozycja o tyle warta była wypatrzenia, bo na koniec koncertu Mela Koteluk wykonała „Ani ja, ani ty” Obywatela G.C., wzorując się na wersji tej piosenki z filmu „Ścieżka strachu”.

3 i 5

 

 

Trochę smutny był ten koncert. Raz, że Artur Rojek nie jest jakimś wesołkiem, dwa że był to póki co ostatni koncert z cyklu, a trzy że artyście jako organizatorowi Off Festivalu chyba ciąży podwójnie cała ta sytuacja. No i był to jeden z najkrótszych występów w całym cyklu. Ale skoro po otwierającym „Krótkim momencie skupienia” poszły od razu „Beksa”, „Sportowe życie” i „Bez końca”, to czego można się było spodziewać? Z promowanego „Kundla” zabrzmiały jeszcze gorzkie „A miało być jak we śnie”  i wzruszające „W nikogo nie wierzę tak jak w Ciebie”. Nie mogło zabraknąć też najpiękniejszej piosenki minionej dekady – „Syreny” i mega hitu Myslovitz „Długość dźwięku samotności”, który rozpoczął wstęp z „True” Spandau Ballet. Na koniec Rojek przedstawił, znany z koncertu w NOSPR – cover z repertuaru Julio Iglesiasa „Cucurrucucu Paloma”. I to wszystko. Żadnych bisów. Rojkowi towarzyszył multiinstrumentalista z zespołu – Tomasz Kasiukiewicz, który nawet po puzon ze dwa razy sięgnął. Poza tym wykorzystane zostały podkłady dwóch dodatkowych muzyków, z którymi Artur Rojek zdążył zagrać cztery koncerty promujące nową płytę (na scenie stały nawet ich podobizny z dykty). Artysta sam sporo tańczył, sięgał po marakasy, tamburyn, a nawet gitarę. Energia zatem była, ale smutku jednak więcej.

4

„Męskie Granie w domu”

Sorry Boys 31 marca, Król 2 kwietnia, Bass Astral x Igo 5 kwietnia

Podejrzewam, że nie bardzo „pokoncertuję” w tym roku dlatego inicjatywa domowych koncertów transmitowanych przez Onet w ramach Męskiego Grania wydaje mi się tym bardziej ważna i godna odnotowania.

Cykl rozpoczął występ trzonu Sorry Boys – Beli Komaszyńskiej (głos, klawisze) i jej partnera Tomasza Dąbrowskiego (gitara). Ich koncert był prawdziwie akustyczny, skromny i jednowymiarowy. Program oparto na najnowszych kompozycjach, śpiewanych po polsku, których ja akurat nie znam (mam tylko dwie pierwsze płyty zespołu) i wydały mi się one wszystkie mocno do siebie podobne. Właściwie poczułem się rozczarowany, bo wydawało mi się, że może za wcześnie przerwałem znajomość z Sorry Boys, ale po tym koncercie poczułem, że jednak nie. Zrzuciłem trochę na domową formułę grania, ale już kilka dni później przekonałem się, że to wcale nie musi tak być.

2 i 5

 

 

Króla słucham namiętnie od kilku lat, a „Nieumiarkowania” uznałem za najlepszy polski album 2019 roku. W domowym zaciszu Iwony i Błażeja Królów mogliśmy obejrzeć popis wyjątkowej autoprezentacji artystycznej. Iwona pląsał lekko za zestawem instrumentów klawiszowych, Błażej konferował, śpiewał, grał na gitarze, popijał herbatę i ocierał pot. Wystrojony w dresy i klapki, z tłem świętego obrazu obwieszonego lampkami, bawił i poruszał. Repertuar wieczoru zbudowany został głównie na ostatniej płycie z akcentami poprzedniej, która pozwoliła Królowi awansować do wyższej ligi popularności. I to był naprawdę koncert porywający swoją impulsywnością. Każdy jeden numer brzmiał aż miło i pokazywał wykonawczą pewność siebie. Poleciały „Głodne dusze”, „Pierwszy i ostatni”, „Okazało się”, a w finale największe hity z ostatnich płyt – najpierw „Te smaki i zapachy” a potem „Z Tobą/Do domu”. Jeśli „Trójka” wyda płytę z tegorocznych koncertów „Męskiego Grania”, to bez względu jak to się wszystko skończy, proszę o jakiś fragment z tego kwietniowej gościny u Państwa Królów. Bawiłem się nawet lepiej, niż na żywo podczas zaliczonego fragmentu koncertu z Opener’a. Korzystając z okazji domowego kontekstu artystów, zerkałem na ich półki z książkami i dostrzegłem znane sobie dzieła Patti Smith, Kim Gordon, ale i „Dzienniki” Gombrowicza.

4 i 5

 

 

Tak jak Krół rozkręcił moje wyobrażenie o fajności domowej formuły, tak trzy dni później Bass Astral x Igo udowodnił, że mogę nie tylko posłuchać dobrego koncertu, ale i pobawić się przy nim bez skrępowania. Igor Walaszek (wokal, piano) i Kuba Tracz (bity, klawisze) podjęli słuchaczy na tle drewnianej, góralskiej w stylu wnęki. Zaczęli nieco nieśmiało, wykonując utwory z płyty „Orell” – „Perfect Moment”, czy „Feeling Exactly”. Ale po chwili Igor zaczął zapowiadać kolejne utwory, a Kuba meldować o odbiorze w sieci (swoją drogą Król wspominał przy tej okazji o 50 tysiącach odbiorców, a Bass Astral już o 120 tysiącach). Zespół sięgnął po starsze nagrania jak otwierające płytę „Discobolus” – „Lipstick” w nowej, specjalnej aranżacji. Zagrał też jedno ze swoich pierwszych nagrań „Somebody” z mocno tanecznym samplem. Ale były też nowe, świetne kawałki. „Planete” zrealizowane dla programu BBC, z imponującym kontekstem prawdziwie kosmicznych odgłosów.  Premierowe „Dancing In The Dark” z zapowiadanej trzeciej płyty, której premierę zespół przeniósł niestety na jesień, czy „Bikini”, do którego wyszedł waśnie efektowny teledysk. Z tych nowych kawałków wyłania się jeszcze bardziej taneczny, jeszcze bogatszy w pomysły profil zespołu, który stał się niewątpliwie jednym z najlepszych wykonawców koncertowych całej krajowej sceny. Doświadczyłem już trzeciego spotkania z ich możliwościami i za każdym razem byłem więcej, niż przekonany. W przypadku tego występu mieliśmy też pierwszy raz do czynienia z bisem. Duet wrócił przed kamery, by zagrać swoje wielkie „Juno”. I to był finał, po którym biło się w domu po prostu brawo.

5

„Spirits in the Forest” koncert Depeche Mode – reż. Anton Corbijn

Multikino, 21 listopada 2019

Znalezione obrazy dla zapytania: spirit in the forest"

Słucham Depeche Mode od 1984 roku. Byłem fanem tej grupy. Trzy razy widziałem zespół na żywo. Mam wszystkie ich regularne płyty i prawie wszystkie single. To dla takich ludzi jak ja powstał film „Spirits in the Forest” wyświetlany w ponad 2400 kinach, z ponad 70 krajów w jeden konkretny wieczór. Poznajemy fanki z Mongolii, USA, Francji i fanów z Rumunii, Brazylii i Kolumbii – sześciu ludzi, na których życie wywarła wpływ twórczość zespołu. Spotkali się oni na ostatnim koncercie w ramach trasy Global Spirit Tour, zakończonej 25 lipca 2019 roku w berlińskiej Operze Leśnej. Losy tych ludzi, ich opowieści, przeplatane są nagraniami z koncertu. Całość wyreżyserował współpracujący od lat z zespołem Anton Corbijn – twórca wielu ich okładek i teledysków. Nie do końca byłem pewien, czy ten patent wypali, bo z jednej strony obawiałem się przegadania, a z drugiej nie wiedziałem na ile wybrzmi sama muzyka. Tymczasem już po pół godzinie popłynęły mi pierwsze łzy z oczu, a potem jeszcze kilka razy musiałem opanowywać wzruszenie. Autentyczność tych losów, współuczestnictwo w historii zespołu, a wreszcie sama muzyka – sprawiły, że czułem ogólną wzniosłość nawet silniej, niż na samych koncertach. Owszem – na żywo występy Depeche Mode dostarczają masy wrażeń. Trudno nie ulec ekscytacji tłumu, zbiorowym reakcjom, wzniosłości wielu nagrań i własnym refleksjom. Ale ten film pokazał, że są ludzie, którym muzyka grupy pomogła stać się kimś innym, lepszym. Pomogła w trudnych momentach. Połączyła.

Czytaj dalej

Moriah Woods – koncert

Festiwal Wszystkie Strony Świata, Puławy 10 listopada 2019 r.

W zimny, deszczowy, listopadowy wieczór koncert byłej wokalistki The Feral Trees zgromadził nadkomplet publiczności. Nie wspomnę więcej o związkach Moriah Woods z jej poprzednim zespołem, bo i ona sama ani razu o tym się nawet nie zająknęła. Na katowickim Off’ie wystąpiła w tym roku solo, a na scenie puławskiej galerii „Domu Chemika” stanęła z rockowym składem. „Greg” Łyjak – gitarzysta znany z tria Infradźwięki, który już nagrywał z Moriah w 2017 roku, perkusista Michał Głos oraz basista podpisany na płycie jako „Spyszek Fank”. W tym składzie nagrali i wydali we wrześniu drugi (a właściwie) trzeci materiał firmowany przez Amerykankę z Kolorado, zatytułowany „Old Boy”. W przeciwieństwie do wydanej w 2016 roku płyty „The Road To Some Strange Forest” nowy album jest zdecydowanie mocniejszy. Od pierwszych dźwięków jakie zabrzmiały ze sceny, wiadomo było, że mieszana wiekowo publiczność czeka rockowy wieczór. Moriah ubrana cała na czarno od początku miała dobry nastrój, zbudowany wyjątkową jak na jej puławskie występy frekwencją. Pierwsze trzy piosenki poleciały bez specjalnych wprowadzeń. W trakcie dwóch pierwszych kawałków można było poczuć się trochę jak na wczesnych koncertach Siouxsie and the Banshees, czy nawet Xmal Deutschland. Wisielczy, niski wokal z momentami wampirycznego zawodzenia i mocnymi gitarami w tle otworzyły program.

MW

Trzeci numer był już spokojniejszy, a od czwartego („Wonder”) Moriah prowadziła już regularną konferansjerkę, zapowiadając kolejne piosenki. Zaczęła też zmieniać instrumenty. Zaprezentowała banjo, kupione w Polsce od człowieka, który sam je wykonał. Można było je potem porównać z innym, kupionym w sklepie – jak sama powiedziała – zrobionym pewnie w Chinach. Był też czas na gitarę akustyczną, kiedy Moriah sięgnęła do swojej płyty sprzed trzech lat.

MW 2

Z banjo wykonała jeden numer z nowej płyty i jeden klasyk amerykańskiego bluegrass’u. Jakkolwiek z tym stylem była kojarzona przez krytyków, to – jak sama przyznała – nie jest miłośniczką tego gatunku. Przede wszystkim woli mroczniejsze klimaty. A nowy album zdominowany jest przez zdecydowanie trudne tematy. Przede wszystkim dedykowany jest tacie artystki – Victorowi, który dwa lata temu przegrał walkę z depresją i alkoholem. Moriah też przeżywała w swoim zyciu trudne chwile, co wymownie oddała wykonując numer „I Want to Live”. Trudno nie było odnieść wrażenia z ekspresji artystki, że jej woli przeżycia towarzyszyła mordercza walka. W moim odczuciu był to szczytowy moment koncertu.

MW 3

Sympatycznym ukłonem w stronę publiczności było zaprezentowanie coveru Chrisa Isaak’a „Wicked Games”. Ciekawie wypadł też na zakończenie utwór „Requiem” z tekstem Roberta Louisa Stevensona – autora „Dr Jekyll i pan Hyde”. Na bis postanowiła wykonać całkiem nowy, jeszcze nie nagrany numer „One” i zachęciła publiczność do nauczenia się jego refrenu. Dopiero po chwili dołączył do niej zespół. Z kolei przy drugim bisie, to Moriah pierwsza zeszła ze sceny, a zespół dokończył swoją mocną gitarowo-perkusyjną sekwencję. Dla mnie był to kolejny już kontakt z twórczością Moriah Woods i myślę, że najlepszy.

4 i 5

OFF FESTIVAL 2019

Dzień trzeci – 4 sierpnia

Scena Perlage

Gdy trzeciego dnia znów obawiałem się jakichś komplikacji przy wejściu, to okazało się, że całkiem niesłusznie. Wszedłem z marszu, gdy Babu Król kończył z Bajzlem występ na Scenie Perlage, serwując na finał „Białą Lokomotywę” z albumu „Sted”. Moriah Woods szykowała się do występu na scenie Martens’a, a ja zacząłem dzień od koncertu kwartetu Trupa Trupa. Poprzedniego dnia kupiłem, przedpremierowo, na stoisku Anteny Krzyku ich zapowiadany na wrzesień nowy album „Of The Sun”. Miałem też w pamięci konsternującą końcówkę występu zespołu z ubiegłorocznego Opener’a, gdzie usłyszałem trochę monotonnej awangardy. Tym razem Gdańszczanie zaprezentowali się w pogodnym nastroju i z wolą zagrania sporej porcji nowej muzyki. Zabrzmiały m.in. słoneczne „Dream About”, mocne „Another Day”, singlowe „Longing” oraz chwytliwe „Glory”. Nowy materiał to wciąż liczne nawiązania do amerykańskiej sceny noise i post-rocka z lat 90. Kłaniają się grupy June of 44, Shellac, Lungfish i wiele innych skupionych wokół wytwórni Dischord, czy Touch and Go. Kolejne piosenki wybrzmiewały spokojnie, zapowiadane często przez Grzegorza Kwiatkowskiego. Muzycy skupieni odgrywali swój nowy i stary repertuar. Dopiero w samym finale, gdy wokal poprowadził basista Wojciech Juchniewicz, zrobiło się bardziej ekspresyjnie. Jego głos ewoluował przez krzyk aż po heavymetalowe wariacje. I tak skończył się trzeci Offowy występ Trupa Trupa – pewnie ostatni zdaniem Grzegorza Kwiatkowskiego, który zaprosił publikę na jesienne koncerty zespołu w kraju i zagranicą.

Trupa Trupa

Korzystając z chwili wolnego czasu zajrzałem do miasteczka festiwalowego, po czym przeszedłem się pod Scenę Perlage, gdzie swój występ rozpoczął Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”.

Śląsk

Najpierw były dwa chóralne wykonania z zespołem akompaniującym, potem zaczęły się tańce i występy solowe. Barwnie, z uśmiechem, nienagannie. Ludzie stali, patrzyli, klaskali, czasem wiwatowali. Mnie niestety przypominały się bardziej czasy PRL’u gdy telewizja publiczna pokazywała „Śląsk” lub „Mazowsze” przy okazji różnych świąt państwowych i choć chciałem oddać hołd tym artystom, to wolałem przejść po jakimś czasie na Scenę Trójki, by zobaczyć „post-punkowy” zespół z Tajlandii.

Tajlandczycy 2

Phum Viphurit wyglądali jak goście z „Karate Kid”. Pięciu niewysokich chłopaków – klawiszowiec z opaską na głowie, gitarzysta w kapeluszu i czarnych okularach, wokalista w białej koszuli, basista w bejsbolówce i krótkich spodenkach, a perkusista w koszulce z napisem New York. Nie grali niczego punkowego. Raczej kalifornijski rock z elementami funku. Wokalista śpiewał po angielsku, bez wschodnich naleciałości. W trakcie jednego numeru wszyscy zaczęli się wymieniać instrumentami. Wokalista zmienił perkusistę, basista klawiszowca, perkusista gitarzystę itd. Dostali za to brawa, podobnie jak za cały występ. Ten momentami pop-rockowy show w stylu Prefab Sprout miał bardzo dobre przyjęcie, co sami muzycy wykorzystali w finale robiąc sobie zdjęcia i filmiki z publicznością. Niewątpliwie jednym z plusów Off’a jest możliwość zobaczenia tego typu egzotycznych artystów. Płyty Phum Viphurit bym nie kupił, ale czas spędziłem na ich występie miło.

Tajlandczycy

U progu wieczoru przeszedłem na Scenę Eksperymentalną gdzie czekał mnie występ Tirzah. Jej debiutancka płyta „Devotion” z ub. roku trochę mnie nudzi, ale chciałem dać artystce szansę. W wersji  koncertowej ten kameralny materiał bardziej przypadł mi do gustu. Tirzah, ubrana w workowatą bluzę i spodnie, stała cicho przez cały czas i śpiewała, czasem tylko odwracając się by trącić rurkowe dzwoneczki. Za pulpitem dwóch muzyków robiło podkłady, puszczało bity, czasem jeden z nich brał do rąk gitarę (wydaje mi się, że był to współautor płyty – Micachu). To był niezwykle łagodnie brzmiący, kojący i intymny koncert. Publiczność słuchała go w skupieniu. Ożywiała się rzadko, choćby w przypadku najbardziej znanego utworu tytułowego. Czasem pojawiała się dyskretna taneczność  jak np. w hipnotycznym „Do You Know”. Na dworze padał deszcz, a w namiocie Sceny Eksperymentalnej czas płynął zawieszony w lekkiej, elektronicznej mgiełce z wyjątkowym głosem Tirzah. Już wiem, że tej muzyki warto słuchać głośniej.

Tirzah

Koncert Stereolab, jaki chwilę później rozpoczął się na Scenie Perlage, był dla mnie chyba najważniejszym setem Festiwalu. W latach 90. ta francusko-brytyjska grupa należała do moich ulubieńców. Stereolab był jednym z pierwszych zespołów, nawiązujących twórczo do krautrocka, przy czym robił również wycieczki w stronę Velvet Underground, a wokalistki śpiewały po francusku – co stanowiło dodatkowy atut. Albumy nagrane po 2000 roku i tragicznej śmierci Mary Hansen w 2002 roku straciły nieco na sile wyrazu. Były coraz bardziej popowe i koktajlowe. Dość zwiewne, urocze, przyjemne, ale już nie tak interesujące i gdy w 2010 roku zespół żegnał się albumem „Not Music” nie było mi specjalnie żal. W tym roku grupa wypuszcza sukcesywnie rozbudowane reedycje swoich płyt i wróciła do aktywności koncertowej.

Stereolab

Na katowickiej scenie zjawiła się w pięcioosobowym składzie i zagrała zgodnie z oczekiwaniami fanów. Repertuar oparła na albumach z lat 90. Brzmiała transowo, wyraziście, z krautrockową werwą, ale bez awangardowych odskoczni. Znałem wszystkie numery, jakie zaprezentowali, ale nie słuchałem Stereolab od wielu lat i trudno mi teraz sypać tytułami. Letitia Sadier zapowiadała niektóre, więc wyłapałem „Ping Pong”, „French Disco”, „Rainbo Conversation” i „Crest”. Punktem kulminacyjnym koncertu była kilkunastominutowa kompozycja, w którą wszyscy muzycy włożyli całą pasję i energię jaką przywieźli na Off’a. To był dla mnie moment absolutnego spełnienia i odczucia, że właśnie tu i teraz chciałem być. Nie było bisów, była satysfakcja.

Stereolab 2

No i zaraz trzeba było lecieć na kolejny koncert. Rozdarty pomiędzy sympatią dla Neneh Cherry, a ciekawością dla Daughters, wybrałem Amerykanów na Scenie Eksperymentalnej. Trudno było wbić się do namiotu, a tymczasem ze sceny poleciał od razu największy hit z ubiegłorocznej płyty – „The Reason They Hate Me”. Kto tak robi, żeby zaczynać od singlowego asa?! Oni zrobili. Rozpętali szaleństwo, poświęcają się w stu procentach graniu i widowni. To był drugi z koncertów, na którym ciężko było wbić się w tłum. Co prawda co jakiś czas namiot opuszczały drobne dziewczęta, na które napierał zewsząd owładnięty muzycznym amokiem tłum, ale to były pojedyncze wolty. Daughters pierwszy raz grali w Polsce. Właściwie dopiero ich ostatnia, nagrana po długiej przerwie płyta, zwróciła na nich większą uwagę. To połączenie noise’u, metalu, psychodelii i brudnego rocka ze świetnym wokalistą, dało grupie sukces i zapewniło słuchaczy z bardzo różnych rejonów. Bo z jednej strony Daughters grają czad – muzycy wręcz miotają się po scenie. Ich wokalista ma głos niczym skrzyżowanie Nicka Cave’a z Jimem Morissonem i potrafi być równie teatralny. Zarazem nie boją się dźwiękowej awangardy, dramatycznych zawieszeń i klawiszowych ścian mroku. Sześciu muzyków w koncertowym wydaniu nie oszczędzało ani siebie, ani słuchaczy. Wokalista górował nad sceną, dawał się nosić publiczności, rzucał się i padał na deski. Może przepadło trochę studyjnych subtelności z płyty, ale to trudno. Nie byłem nigdy na koncertach Birthday Party, Jesus Lizard ani Swans , ale tu miałem wiele elementów ich sztuki zebrane w jednym. Zabrzmiała chyba cała ostatnia płyta z killerami pokroju „Daughter”, „Satan In The Wait”, czy wreszcie „Long Road, No Turn”, którym zespół zakończył swój set. W finale niemal cały skład zszedł ze sceny, został tylko gitarzysta, który w parterze pilnował ostatnich sprzężeń gitary, a Alexis Marshall wciąż unoszony na rękach publiczności wyśpiewywał ostatnie frazy. Słuchanie Daughters to było uczestnictwo w czymś, czego nie dało się przerwać.  Żałowałem, że nie byłem na Neneh Cherry, ale po prostu nie mogłem odejść, wyrwać się ani odwrócić plecami.

Daughters

W normalnych warunkach Amerykanie z pewnością daliby się wywołać na bis, ale w warunkach festiwalowych trzeba było uszanować fakt, że za chwilę na głównej scenie wystąpi gwiazda dnia, czyli Suede. Zespół, który też nigdy wcześniej nie był w Polsce, a na pewno zawsze wyróżniał się na brytyjskiej scenie. Ja na dobrą sprawę zacząłem ich słuchać dopiero w 2013 roku, gdy wrócili po dłuższej przerwie z albumem „Bloodsport” (z tej płyty zagrali w Katowicach „Hit Me”). Ale przy okazji uzupełniłem ich dyskografię o dwie pierwsze płyty, więc na koncert byłem dość dobrze przygotowany. Suede to przede wszystkim Brett Anderson. Wokalista jako ostatni pojawił się na scenie i niemal od razu objechał technicznego za ustawienie jego mikrofonu. Koncert był ułożony tak, by mocne, rozśpiewane, glamowe kawałki przeplatane były co kilka nagrań balladami jak „The 2 of Us”. Brett Anderson – równie szczupły i wysoki co Jarvis Cocker – dawał z siebie maksimum energii. Wymagał od siebie, ale i od publiczności, w którą wchodził poza barierki. Śpiewał w tłumie, stając na głośnikach, padając na kolana, a nawet leżąc. Skakał, bił brawo, wyginał się, kręcił mikrofonem niczym lassem. Chętnie wracał do wczesnych hitów.

Brett Anderson

Szybko wybrzmiał „So Young”, a później także „Animal Nitrate” i „We Are The Pigs”. Zespół na tyle dobrze czuł się na scenie i na tyle docenił zaangażowanie publiczności, że po dłuższej przerwie wyszedł jeszcze na dwa bisy. Pożegnał się bardziej lirycznie, niż w przypadku zasadniczej części koncertu.

Suede

Gdy opuszczałem festiwal, ze Sceny Leśnej dobiegały taneczne, klubowe dźwięki puszczane przez Honey Dijon. Oczywiście, że nie zobaczyłem wszystkiego, co było warto, a nawet nie to co pierwotnie zamierzałem. Tak to jest z festiwalami. Cieszy mnie to, czego posłuchałem i co zobaczyłem i na pewno chętnie wróciłbym do Katowic na kolejnego Off’a.

Pożegnanie Offa

OFF FESTIVAL 2019

Dzień 2 – 3 sierpnia

Sądziłem, że drugiego dnia festiwalu wejście nie będzie już stanowiło żadnego problemu, ale tym razem musiałem odstać 20 minut bezpośrednio przed bramą festiwalu, gdzie ochrona sprawdzała zawartość bagaży festiwalowiczów. Byłem jednak na tyle wcześnie, by załapać się na końcówkę jazzowych popisów krajowego składu EABS i od samego początku uczestniczyć w odgrywaniu przez Dezertera ich amerykańskiej płyty „Undergroud Out of Poland”. Jak zaznaczył na wstępie Robert Matera, lata lecą, a zespół czuje się wciąż jak na początku swojej kariery w latach 80 i tak jak wtedy nie jest grany w radiu. Idea wykonywania w całości klasycznych płyt jest niewątpliwie trafiona, choć nie zawsze sprawdza się w praktyce. W przypadku Dezertera wszystko wypadło w najlepszym porządku. Kawałki zabrzmiały lepiej, niż na dość przypadkowo złożonej płycie z 1987 roku, teksty nie straciły na swojej aktualności, a publiczność pogowała lub kiwała z akceptacją głowami. Początkowo nie mogłem uwierzyć, że usłyszę te wszystkie klasyki „Spytaj Milicjanta”, „Ku przyszłości”, „Uległość” „Urodziłem się 20 lat po wojnie”, „Nie ma zagrożenia”, „Polska złota młodzież” itd. Przy słuchaniu „Plakatu” poczułem wręcz silne wzruszenie. Przypomniały mi się czasy, gdy na szkolnej gazetce wywieszaliśmy z kolegą teksty zespołu z tzw. „Koalangu” drukowanego przez „Na przełaj”. Dezerter podawał kolejne przeboje z pasją i werwą. Niczym sprawna maszyna ustawiona na określonym z góry poziomie. Gdy wybrzmiało końcowe „Dla zysku” publiczność wyprosiła od zespołu bis. Zagrali „Nienawiść 100%” z ubiegłorocznej EP’ki. Równie szybki i mocny numer, a jednak… Uświadomiłem sobie, że dawny Dezerter mniej komentował, czy pouczał, a częściej inteligentnie parodiował oficjalny język swoich czasów. Teraz mi tego brakuje.

Dezerter

Kolejną porcję nostalgicznych refleksji przeżyłem dość nieoczekiwanie na Scenie Leśnej podczas koncertu tureckiego duetu Jakuzi. Początkowo nie wiedziałem nawet skąd goście są, bo wydawało mi się, że śpiewają po angielsku, a dziękowali ładnie po polsku i grali synth-pop. Umówmy się – kto kojarzy kraj znad Bosforu z muzyką w stylu new romantic? Jakuzi mają na swoim koncie dwie płyty wydane przez nieco zapomniany, a szacowny label City Slang. Teksty są wyłącznie po turecku, ale brzmią idealnie do tego typu muzyki. Wokalista ubrany był tego dnia na czarno, klawiszowiec i zarazem gitarzysta – podobnie.

Jakuzi 2

To co zaproponowali wpadało w ucho zarówno tym, którzy znali ich repertuar, jak i tym, którzy pierwszy raz zetknęli się z twórczością duetu. W stosunku do nagrań studyjnych, wykonania koncertowe były mroczniejsze, mocniejsze i bardziej nowofalowe. To co na płytach lokuje zespół w okolicach powiedzmy Camouflage, na scenie zbliża się bardziej do Clan of Xymox, a nawet do wczesnego Sisters of Mercy. Wokalista wpadał momentami w teatralnie niskie barwy, a instrumentalista skupiał się na mocno brzmiącej sekcji rytmicznej i klawiszowych ozdobnikach w duchu dawnego 4AD. To wszystko już było, z czymś się kojarzyło, ale … nie z turecką muzyką. Ludzie ochoczo pląsali w rytm kolejnych przebojowych piosenek i pozwolili, by artyści dobrze się czuli na scenie. Wykupili też ich płyty w Off Markecie.

Jakuzi

Powrót pod dużą scenę (Perlage) pozwolił mi nadrobić zaległość z ubiegłorocznego Opener’a. Spóźniłem się wtedy na występ Superorganism, ale że grupa wciąż ogrywa swój debiutancki album, to chyba rachunki się wyrównały. Skład zespołu jest szeroki, a ważny element koncertu stanowią atrakcje sceniczne. Mieliśmy zatem na powitanie dzieciaki w bajkowych pelerynkach.

Superorganism 2

Dopiero na drugi kawałek przebrania opadły, choć nieco jarmarczny klimat nie do końca uległ zmianie. Superorganism wpisuje się w zapomniany, zabawowy trend wykonawców z przełomu lat 70. i 80. pokroju Devo, czy B 52’s. Było zatem kolorowo, tanecznie, z filmikami wyświetlanymi na telebimach. Wokalistka prowadziła lekką, przyjemną narrację pomiędzy poszczególnymi piosenkami, odnosząc się też przynajmniej dwukrotnie do koncertu Foals, jaki miał po nich nastąpić. Zespół odegrał cały materiał ze swojego jedynego albumu, zostawiając na zakończenie dwa największe hity „Everybody Wants To Be Famous” i „Something In Your Mind”. Przyjemny zespół, pomysłowo zestawione składniki stylistyczne, dopracowane atrakcje sceniczne – czego chcieć więcej na wakacyjnym festiwalu?

Superorganism

Z takiej sympatycznej atmosfery spróbowałem przejść do, zapowiadanego na jedno z najmocniejszych wydarzeń tegorocznego Off’a, koncertu Electric Wizard. Angielski stonerowo-metalowy kwartet nagrywa płyty już od ćwierć wieku, przy czym ostatni album (Wizard Bloody Wizard) wyszedł w 2017 roku. Długowłosy skład od początku planował zrobić wrażenie na publiczności. Grał głośno, nie kokietował odzywkami ze sceny, a w tle wyświetlał jakieś okultystyczne filmiki z lat 70. Scena topiła się w czerwieni. Co chwila padały słowa o „czarnej mszy” i tego typu przekazy. Podobał mi się wokal i miarowa motoryka, ale po wysłuchaniu pięciu utworów nie potrafiłem żadnego wyróżnić. Zmęczony, oddaliłem się od sceny i odniosłem wrażenie, że z daleka słucha się tego lepiej, choć repertuar wciąż pozostawał dość monotonny.

Ostatnią atrakcją tego dnia miał być dla mnie występ na dużej scenie Brytyjczyków z Foals – głównej gwiazdy drugiego dnia festiwalu. Przez pierwszą połowę koncertu stałem na nim przypadkiem obok Dawida Podsiadło, którego wcześniej dostrzegłem w miasteczku festiwalowym. Za głośno było, bym dowiedział się co sądzi o występie gwiazdy, za to usłyszałem co uważa o The Strokes i solowej płycie ich wokalisty. Foals zaczęli od przeboju „On the Luna” z tegorocznej płyty, którą zespół właśnie promuje. Scena miała elementy graficzne z okładki „Everything Not Saved Will Be Lost Part1” – czerwone palmy. Nowe wydawnictwo reprezentowały poza tym singlowe „Exits”, dynamiczne „White Onions” i bliskie Talking Heads „In Degrees”. Ale sięgali też chętnie po repertuar z poprzednich płyt – What Went Down (utwór tytułowy i „Mountain At My Gate”) i Holy Fire serwując znany z reklamy Lecha singiel „My Number”, oraz hit „Inhaler”. Na zakończenie wrócił do wczesnych czasów współpracy z wytwórnią Sub Pop, którą wciąż dobrze i z wdzięcznością wspomina.  Generalnie zespół postawił na mocne, rytmiczne kawałki, co odzwierciedla pewnie ideologiczne zaangażowanie Foals na ostatniej płycie. I choć to tylko jedna z twarzy zespołu, to w warunkach scenicznych, trudno było nie dać się ponieść zapałowi muzyków i dynamice danego przez nich show. W moim odczuciu był to komercyjnie najlepszy występ całego festiwalu. Ilość zagranych bisów też by to potwierdzała.

Foals

 

OFF FESTIVAL 2019

Dzień 1 – 2 sierpnia

Na festiwale trzeba sobie przygotować strategię, bo nie sposób przecież zobaczyć wszystkiego, pogodzić potrzeb towarzyskich, jak i tych wynikających z wydolności naszych organizmów. Koncerty na siebie nachodzą, występy trwają w sumie blisko 10 godzin non stop, a przecież trzeba chwilę pogadać, wymienić się wrażeniami, coś zjeść, wypić, czy nawet postać w kolejce do toi-toiów. Katowicki Festiwal zalicza się do małych koncertów jeśli chodzi o wymiar komercyjny – przyjeżdża na niego kilka razy mniej ludzi, niż na Opener’a, a kilkanaście razy mniej, niż na darmowe imprezy Owsiaka. Jego lokalizacja sprzyja dobremu samopoczuciu. Jest zielono, przyjemnie, mała architektura festiwalowa wygląda zgrabnie i pomysłowo. Pięć scen leży stosunkowo blisko siebie, a na występ największych gwiazd można podejść praktycznie tak blisko sceny, jak się chce.

Miałem zatem swój plan, który już pierwszego dnia musiałem zweryfikować. Zamierzałem rozpocząć udział od wysłuchania Perfect Son, którego płytę wydaną dla Sub Pop’u lubię nie tylko z racji legendy tego labelu. Nie przewidziałem jednak tak długiej kolejki do wymiany biletów na opaski festiwalowe.

wejście na OFF

Gdybym miał ticket master byłbym uprzywilejowany, a tak musiałem przestać cały koncert Tobiasza Bilińskiego z zespołem. Zdążyłem na ostanie akordy pożegnalnej piosenki i zejście artystów ze sceny.

Tuż obok, na scenie Trójki zaczynał właśnie koncert raperski awanturnik z UK – slowthai. Nie znałem, ale czytałem, że warto. Tyron Frampton ma za sobą dobrze przyjęty debiut (Nothing Great About Britain) i rozpiera go energia. Faktycznie występ zaprogramowany był na hip-hopowy czad. Bity podawane przez czarnoskórego DJ’a były szybkie, ludzie reagowali jak na punkowym festiwalu. Tyron bez trudu namawiał publiczność do tworzenia „kręgów przyjaźni” i puszczania się w galopadę wokół osoby wychodzącej na środek (za pierwszym razem był to „Stachu”.). Wciągnął też na scenę jednego z uczestników bawiących się pod sceną – Alex dał popis nie tylko tańca, ale i dotrzymywał kroku w rapowaniu. Energia zatem narastała, publiczność chętnie skandowała wszystko, co proponował MC ale ja po pół godzinie odniosłem wrażenie, że nie do końca rozumiem fenomen slowthai. Przekaz prosty, buńczuczny, antyestablishmentowy. Tyron nie przekonał mnie do swojej charyzmy, a kolejne kawałki różniły się tylko odrobinę tekstami. Poszedłem rozejrzeć się po ofercie miasteczka festiwalowego.

W trakcie przechadzki pod scenę Leśną przyciągnęły mnie dźwięki tria The Comet Is Coming. Ich również nie znałem, ale także słyszałem, że warto. I akurat początek występu wciągnął mnie momentalnie. Saksofon, perkusja i klawisze. Pasja do podążania kosmiczną drogą do innych galaktyk, sąsiadowała z tanecznymi, łatwymi do zapamiętania figurami melodycznymi. Na monitorze z tyłu sceny leciały ku nam z ciemności komety. Muzycy chętnie zmieniali się liderowaniem w improwizacjach. Chwilami brzmiało to tak jakby Tangerine Dream próbował grać jazz. Może nie cały czas czułem się niesiony przez muzykę zespołu. Były momenty jakby tematy wygrywane na klawiszach, czy saksofonie nie potrafiły znaleźć drogi do domu, ale gdy wpadały na właściwą orbitę było idealnie – przykładem choćby utwór „Summon the Fire”. Przekazu słownego ze sceny było niewiele. Lider (klawiszowiec Dan Leavers) dedykował utwór „Unity” zmarłemu kilka dni wcześniej producentowi  Rasa G. Obydwa wspomniane utwory pochodzą z wydanej w tym roku drugiej płyty Komet „Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery”, której zawartość zdominowała siłą rzeczy repertuar koncertu. Bez wokalu, a jednak z mocą, fantazją, a momentami nawet z tanecznym pociągiem.

The Comet is Coming

Po takiej dawce absorbujących dźwięków, z przyjemnością wróciłem do namiotu Trójki, gdzie zamierzałem posłuchać nowozelandzkiej artystki – Aldous Harding. I znów nie byłem przygotowany repertuarowo, ale liczyłem na wytchnienie przy folkowej, spokojnej muzyce. Naprawdę przyjemnie było posłuchać artystki, która wyszła na scenę jakby z innego świata. W kombinezonie i dziwnym kapelusiku na głowie siadła z gitarą i zaśpiewała. Dwie pierwsze kompozycje to było tylko to – ona nieśmiało siedząca w delikatnym świetle, akustyczna gitara i dość niski, wciągający wokal. Dopiero od trzeciego numeru Aldous zaczęli towarzyszyć trzej panowie. I od razu zrobiło się jeszcze przyjemniej. Przeniosłem się do jakiegoś niewielkiego kampusowego baru. Aldous śpiewała, sięgając czasami po instrument, a panowie jej akompaniowali. Nowozelandka ma na swoim koncie trzy płyty, z czego ostatnia „Designer” wyszła w tym roku. Publiczność najcieplej przywitała singlowy „Barrel”. Sama Aldous, zamknięta w sobie nie próbowała nawiązywać bliższych relacji. Uśmiechała się nieśmiało, ruszała trochę jak manekin, ale bardzo dobrze korespondowało to z jej wycofaną, introwertyczną muzyką. Zdziwiłem się, gdy później na teledyskach zobaczyłem Aldous pozującą i nawet momentami pląsającą. Nie dlatego, by muzyka z jej płyt nie mogła sprawdzić się na jakiejś collagowej potańcówce, ale sama Aldous pewnie by się przy niej nie bawiła.

Aldous Harding

Kolejne atrakcje czekały na mnie w większym, niż Trójkowy namiocie Sceny Eksperymentalnej. Tam miał wystąpić pierwszy artysta, którego płytę już znałem – angielski Black Midi. Tak, jak się mówi o tym kwartecie – obsłuchanie płyty niewiele daje, bo to co grają na żywo, to jednak inna rzeczywistość. Kwartet kocha improwizowanie. I to widać po ich zachowaniu na scenie. Są w ciągłym ruchu. Czarnoskóry perkusista (Morgan Simpson) spływał potem i niemal nie rozstawał się z wielkim białym ręcznikiem. Gitarzysta (Geordie Greep) próbował wytrwać w wielkim kapeluszu na głowie, ale też musiał się z nim co jakiś czas rozstawać. Wokalista (Matt Kwasniewski-Kelvi)wychodził z siebie wyrzucając niezwykle ekspresyjnie kolejne frazy, przypominając raz Johny Rottena, raz Alexa Turnera, a w jeszcze innym momencie Damo Suzuki, z którym zespół nagrał swój debiutancki niszowy materiał. Kompozycje poddawane scenicznym przeróbkom wcale nie muszą być gigantami w wersji studyjnej. Takie „953” trwa na płycie około pięciu minut, a tu ciągnęli ten temat jak jazzowy skład w trakcie dobrze rozkręconego jamu. Czasem Matt czuł się jak natchniony poeta (zwłaszcza w „Western”), a czasem jak uliczny sprzedawca zachwalający na bazarze swoje towary (Of Schlagenheim). Był to jeden z dwóch koncertów na tegorocznym Off’ie podczas którego nie sposób było dopchać się pod scenę. Black Midi bez wątpienia spełnili pokładane w nich oczekiwania.

Black Midi

Pierwszy dzień festiwalu zakończyłem podziwiając występ Jarvisa Cockera i jego JARV IS. Lider Pulp ma już swoje latka i od razu przypomniał mi się pod tym względem ubiegłoroczny koncert Davida Byrne’a. Bałem się, że nie da rady, a on dał i to jak!. Skakał, tańczył, wychodził do publiczności – co najwyżej łapał lekką zadyszkę. Podobnie jak w przypadku lidera Talking Heads, tu też zaczęło się od programowej monodeklamacji – „Must I Evolve?”. Ale już za chwilę pojawił się przebój „Further Complications”, zapowiedziany z tłumaczeniem na język polski. Cocker starał się zresztą większość tytułów czytać po polsku, co go czasem przerastało, ale za każdym razem wzbudzało uznanie publiczności.

JARV IS

Koncert bazował na materiale granym z JARV IS od paru lat, ale i z drugiej płyty lidera Pulp, wydanej przed 10 laty. Choć nie pojawiła się z niego przebojowa „Angela”, to zabrzmiały za to „Homewrecker!”, czy „You’re In My Eyes”. Ale sięgnął też do debiutu , a raz nawet do trzeciej, dość specyficznej płyty, nagranej z Gonzalesem. Pod koniec występu przypomniał, że w 2011 roku zagrał z Pulp w Gdyni (na Opener). Zażartował, że to była taka XX-wieczna muzyka i dla przypomnienia zagrał jeden numer z „His’n’Hers” sprzed ćwierć wieku.

Jarv Is 2

Niewątpliwie koncert Jarvisa Cockera był bardzo sympatyczny i pełen dobrej energii. Nie da się jednak ukryć, że solowy repertuar artysty nie ma tej mocy, co twórczość Pulp i o tyle pozostawił we mnie element niedosytu.

Jarvis Cocker

„Lato z Radiem” – Zakopane 28, 29 czerwca: Kapela Ze Wsi Warszawa/Warszawskie Combo Taneczne/Krzysztof Zalewski/Kayah

W tym roku w ramach formatu letnich koncertów Lata z Radiem zjednoczyły swoje siły wszystkie programy radiowe – od „Jedynki” po „Czwórkę”. Na kilku scenach zaprezentowali się artyści prezentujący różne style muzyczne, nie koniecznie kojarzący się z popularnym wakacyjnym programem. Mnie pociągnęła przede wszystkim Kapela Ze Wsi Warszawa – przez wiele lat eksportowy towar polskiej sceny folk/roots/world music. Wiele o nich słyszałem, sporo czytałem, ale nigdy nie spotkałem się z ich twórczością. Siedmioosobowy skład w mini-amfiteatrze zakopiańskiego parku wypadł na miarę swojej legendy.

Kapela Ze Wsi Warszawa

Bez względu na to, czy grali jakieś prasłowiańskie nuty do Peruna, czy żydowską pieśń warszawskich flisaków, czy góralszczyznę z czasów pierwszego spotkania z kompanią Trebunie Tutki – za każdym razem robili wrażenie pewniaków w swoim fachu. Pomyślałem wręcz, że to takie nasze instrumentalne Dead Can Dance. Też szukają w dawnych i etnicznych źródłach, wyciągają zapomniane instrumenty i łączą je ze współczesnym asortymentem. Trąbka i kontrabas ciągną momentami w kierunku Critters Buggin, czy Tuatary. Za to cymbały i lira korbowa zabierają w czasy tajemne i nienazwane. Maciej Szajkowski opowiada pomiędzy utworami historie i wspomnienia, przypominając, że muzyka miała niegdyś szamańską, uzdrawiającą moc. Wspominał niedawno obchodzone Sobótki, żartował z mocy witalnych swojego basisty i promował wydany w 50 egzemplarzach pierwszy winyl zespołu „Święto Słońca” po którego zawartość sięgnęli w Zakopanem, podobnie jak po ostatni regularny album „Re:akcja mazowiecka”. Było radośnie, momentami transowo i tanecznie. Do polubienia od pierwszego razu. Prowadzący koncert Przemek Psikuta z radiowej „Dwójki” pokazał mi program festiwalu w Roskilde z 2005 roku, na którym zespół znany też na zachodzie jako Warsaw Village Band grał tego samego dnia co np. Black Sabbath, Sunn O))), Death From Above, Snoop Dogg i Sonic Youth z Matsem Gustafssonem.

Po takiej dawce muzyki prawdziwej, spotkanie z propozycją miejskiego folku w wykonaniu Warszawskiego Combo Tanecznego wypadło jakby blado. Niby też fajnie, bo panowie zestrojeni byli na cwaniaków, grali na tych swoich mandolinach, bandżolach, kontrabasie, ich koleżanka włączała się na pile, ale format zdarzenia już nie był ten sam. Bo czym jest piosenka o Felusiu wobec pradawnych dźwięków obrzędowych? Jan Młynarski śpiewał jak należy, ale mnie nie kupił i nie dostałem na widowni do największych warszawskich szlagierów zespołu. Nie obwołam ich na razie polskim Squirrel Nut Zippers.

Warszawskie Combo Taneczne

Nieopodal Marek Niedźwiecki prowadził na żywo Listę Przebojów Trójki i zapowiadał nowy kawałek Sidneya Polaka na miejscu trzydziestym. Dzień później, razem z Piotrem Metzem, zapowiadał koncert Kayah.

Niedźwiecki

Wcześniej jednak wystąpił Krzysztof Zalewski. Na początku wylał z siebie żółć na zmiany w Polsce nie bacząc na to na jakim koncercie występuje. W klapie miał znaczek z tęczową flagą. Zaśpiewał „Uchodźcę” i wyraził obawy, że nasi rządzący zaprowadzą nas do gospodarczej Grecji bis. Potem poczuł się swobodniej i skupił na bawieniu publiczności. Dość szybko wykonał ubiegłoroczny przebój „Męskiego grania”, czyli „Początek”. Poprzedził go cytatem z „Ice Ice Baby”. Potem poszły przeboje lat 90. – w tym „Killer” Seal’a. Krzysztof Zalewski zmieniał gitary, sięgał po bas, stawał za klawiszami. Stwierdził w pewnym momencie, że gra ze swoim zespołem trochę nie wiadomo co, bo raz sięgają po mocnego rock’n’rolla, raz po Niemena w stylu metal-disco, ale lubią się też powygłupiać. Najwięcej piosenek zaprezentował z płyty „Złoto” – oprócz „Uchodźcy” także „Miłość, Miłość”, „Chłopiec”, „Polsko”, a na bis brawurowo wykonane „Jak dobrze”. Nie mogło zabraknąć też aktualnego hitu – „Kurier”. Zalewski czuł się na scenie na tyle dobrze, że w pewnym momencie wypuścił się w publiczność i zakończył podróż tuż przede mną. Publiczność go kupiła, stąd wywołany bis. Wszystko zagrało jak należy, ale trochę to niezdecydowanie stylistyczne dało się odczuć. Zalewskiego ciągnie w różne strony. Dobrze radzi sobie zarówno w solowych, lirycznych piosenkach, w nowofalowych zadziorach wyniesionych z czasów grania z Muchami, w dyskotekowych coverach, jak i w tzw. „polskim rocku”.

Zalewski

Kayah jest niewątpliwie gwiazdą polskiej sceny. Tu miała wejście godne swojej pozycji. Najpierw światła i wizualizacje, potem zespół zaczął grać „Córeczko”, weszły dziewczyny z chórku i dopiero po jakimś czasie zjawiła się Ona.

Kayah 2

W pierwszych utworach miałem wrażenie, że jej głos nie jest już tak mocny i niezwykły. Słuchałem „Supermanki” i myślałem, że to już nie ta Kayah. Przy bałkańskich hitach zaczęła się rozkręcać. Ale najlepiej wpłynął na nią kontakt z publicznością. Monologi o miłości i o potrzebie szacunku dla inności i różnorodności. O polskich kobietach i potrzebie wzajemnej życzliwości. W trakcie uczenia układu ruchowego do nowej piosenki „Po co?” puściły chyba ostatnie lody. Więcej było tego wieczoru utworów do zabawy i pląsów, niż zadumy i wzruszeń. Poleciał „Testosteron”, „Na językach” i największe hity z płyty nagranej z Bregovicem – „Byłam różą”, „Śpij kochanie śpij”, „Sto lat młodej parze” oraz „Prawy do lewego” na ostatni bis. Był też przebój napisany dla Krzysztofa Kiljańskiego „Prócz Ciebie, nic” i zapowiedź pożegnalnego, jesiennego koncertu z Bregovicem w Krakowie – „Dawaj w długą”. Kayah wydała mi się nieco zmęczona osobistymi doświadczeniami życiowymi, mijającym czasem, utraconą figurą o czym kilka razy sama mówiła. Ten koncert dał jej siłę i dopiero tą zbiorową energią nasycona, zrobiła show. Z absolutnie profesjonalnym wsparciem muzyków, oprawą sceniczną, nagłośnieniem i sympatią publiczności udowodniła, że wciąż jest kobietą numer jeden polskiej estrady.

Kayah

4